Współczuję...

Współczucie to takie piękne słowo. Oznacza stan, w którym współodczuwamy jakieś trudne przeżycia z człowiekiem albo grupą ludzi. Mówi nam tak wiele o człowieczeństwie, empatii. Współczując możemy sobie pomagać, zacieśniać więzy społeczne. A człowiek jest wszak istotą społeczną.

Tym bardziej dziwi używanie słowa współczuję w dwóch poniższych kontekstach:

1. (...) współczuję. Jak bardzo trzeba nie mieć własnego życia żeby aż tak żyć cudzymi (...)
Sytuacja po zwróceniu uwagi, że dziecko na niezajeżdżonego konia wypada wsadzać w kasku, a najlepiej to i w kamizelce.

2. Jeżeli napisała pani do mnie tą pierwszą wiadomość w celu szukania wsparcia to współczuję że musi pani szukać go u obcych osób.
Odpowiedź na taką moją wiadomość prywatną do relacji na Facebooku:

 462567099_3898174173786598_4357069047964287238_n.jpg

Widać wyraźnie, że nie chodzi tu o prawdziwe współczucie, tylko o jakieś chore przeinaczenie tego słowa. Nie mieści mi się w głowie, jak tak pięknego słowa można użyć w tak (delikatnie mówiąc) niecnym kontekście? Po to, żeby pokazać swoją złudną wyższość, która istnieje tylko w głowie piszącego.

To też bardzo ciekawe zjawisko. Co musi się dziać pod czupryną, że pisząc współczuję wyrażamy tak naprawdę pogardę. Pod moją czupryną zdecydowanie się to nie mieści.

Jola