Księżniczka na ziarnku grochu

Jakoś tak bywa, że podczas rozmów o własnej stajni większość rozmówców bywa raczej zdziwiona, że może się to podobać. U nas mimo kilku lat posiadania własnej stajni, także w trudnych warunkach (depresja, potem brak prądu i wody) poziom zadowolenia jedynie wzrasta (wraz z coraz lepszymi warunkami, to prawda). Prowadzenie stajni w skrajnych warunkach potrafi być uciążliwe, jednak zdając sobie sprawę, że to tylko czasowy problem jest o wiele lepiej.

Duże problemy potrafią zmęczyć, ale są też niejako zależne od nas - to my wybraliśmy, że będziemy wozić wodę, a nie odwieziemy konie do zaufanej stajni. Niestety z pozoru mały problem też potrafi nieźle dopiec. Czasem o tyle bardziej, ze nie jest zależny od nas.

Wyobraźmy sobie taką hipotetyczną sytuację, że wyjeżdżam na urlop mając konie w pensjonacie, wracam cała wypoczęta i widzę mojego konia jakiegoś nie w sosie. Po obserwacji widzę, że denerwuje go kolega z naprzeciwka, który przyjechał w trakcie urlopu. Nie na tyle żeby poza "lekkim wkurzeniem" coś się działo, może nawet poza mną nikt tego nie dostrzega, bo przecież to właściciel zna swojego konia najlepiej. I zazwyczaj nic się nie da z tym zrobić - właściciel pensjonatu ma prawo przyjąć pensjonariusza, nie widać żeby konie się szczerzyły, czy kopały. Nie przepadają za sobą, normalne.

W tej hipotetycznej sytuacji najgorsze, że JA jako właściciel nie mogę nic zrobić. Takie ziarnko grochu potrafi sprawić, że jesteśmy niewyspani.

Nie da się więc mówić, że pensjonat to samo dobro, a własna stajnia uwiązanie. Ani odwrotnie - że własna stajnia to samo dobro, a pensjonat samo zło. Zależy co komu pasuje, na co się trafi. Warto jednak znać wady i zalety każdej decyzji, wziąć pod uwagę każde ziarnko grochu.