Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło

Moja mama często powtarza przysłowie "nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło". Kiedyś słyszałam też piękne słowa - Bóg z każdego zła wyciąga dobro. W życiu tak bywa, że nie układa się czasem tak jak byśmy chcieli i nic na to nie poradzimy. Można za to zmienić swoje nastawienie do tego. Wyciągnąć wnioski, nauczyć się czegoś. Oczywiście nie jest to proste, ale daje jakieś światełko w tunelu. Na przykładzie mojego życia widzę, że w tytułowych słowach jest wiele prawdy. Nie raz byłam w momentach gdzie myślałam, że jak się nie uda to drugiej takiej szansy nie będzie. Ano nie było - była lepsza.

Najbardziej chyba transparentny ciąg sytuacji miał miejsce jak podjęliśmy decyzję o budowie stajni. Zadawałam sobie mnóstwo pytań - dlaczego nie możemy zgromadzić teraz pieniędzy? przecież trafia się idealna działka, a lepszej nie będzie. Oj byłby już spokój. Potem jak kupiliśmy działkę te same pytania zadawałam sobie jak nie mogliśmy uzyskać pozwolenia na budowę. Teraz widzę, że mielibyśmy mniejszy dom kawałek za Lublinem ogrzewany pelletem (w najlepszym razie) bez udogodnień, które w naszym przypadku są ważne. I teraz czułabym niedosyt - bo rynek szybko się zmienił i żałowałabym, że tego nie mam.

W najśmielszych marzeniach nie pomyślałam, że mogłabym mieć działkę w tym miejscu co mamy. Zawsze było to poza możliwościami finansowymi i chociaż ta okolica mi się podobała, to wiedziałam że nic z tego. Szukaliśmy przynajmniej te kilka km dalej. Potem moja depresja, która spadła na nas trochę jak grom z jasnego nieba. To właśnie przez to zaczęłam myśleć o innej okolicy. Moja mama nie wiem jakim cudem, ale nas wspomogła jeszcze bardziej. I pojawia się działka - w super sąsiedztwie z fajnym ukształtowaniem terenu. Ponoć długo wisiała w ogłoszeniach. My się długo nie zastanawialiśmy. Wiadomo, że nie każdemu by przypasowała, ale nam bardzo - druga linia zabudowy i prostokąt - ale mi się bardzo podoba takie rozstawienie. Nawet sposób ogrzewania czy wygląd budynku ewoluował w projektach aż doszliśmy do tego, co stoi obecnie.

Podobnie jak nie dostałam się drugi rok na weterynarię. Zastanawiam się ostatnio nad innym kierunkiem. Dzięki praktykom w weterynarii poznałam też fajne osoby, obyłam się z różnymi sytuacjami, dużo nauczyłam - to też nie poszło na marne. W dodatku kwestie personalne które wyszły po kilku miesiącach sprawiły, że spojrzałam w zupełnie innym świetle na moje nie dostanie się. Jest to też specyficzne środowisko. Rozważam czy przy mojej chorobie nie będzie mi łatwiej pójść śladami teścia, który zaszczepił we mnie nowe zainteresowania.

Czuję się szczęśliwa, a jednocześnie dziękuję za to co mam. Z pewnością jeszcze czekają mnie trudne chwile. Mam nadzieję, że dam radę je spokojnie przetrwać.