Kolęda

Do napisania tego postu zainspirowała mnie wizyta duszpasterska, albo kolęda jak to się popularnie mówi. Jestem katoliczką, pewnie część z czytających to wie, a część nie - nie afiszuję się z tym na co dzień. W mainstreamie ciągle obecny jest temat księży-pedofilów (oczywiście powinni ponieść za to karę, chyba nie muszę tego pisać), jednak odnoszę wrażenie że to przysłania ogrom dobra, które też Kościół robi.

Przede wszystkim przyszedł do nas po prostu przyjazny człowiek, luźno porozmawialiśmy. Niestety chorując na depresję taka przyjazna postawa (z którą wielokrotnie się w Kościele spotkałam) bardzo mnie podnosi na duchu. Trafił na mój bardzo kiepski moment, kiedy najchętniej bym siedziała, płakała i zapadła się pod ziemię. Rozmowa była bardzo życzliwa - każdy ma prawo do błędu, jesteśmy ludźmi, grunt to chciec nad sobą pracować.

Nie chcę tu omijać kwestii pieniędzy - bardzo teraz głośnej w mediach. Przede wszystkim nigdy nie spotkałam się z cennikiem, a kiedyś nawet zapomnieliśmy dać "koperty" :P. Zakonnik zapewnił nas, że nie to jest najważniejsze i czy nam nie jest to bardziej potrzebne i chodzi głównie o rozmowę. A nie jest tu mowa o jakiejś zawrotnej kwocie, raczej symbolicznej.

Zawsze przy okazji kolędy czułam się jakby odwiedzali nas znajomi zobaczyć czy wszystko ok, a nie urzędnik kontrolować i sprawdzać czy znajdzie przepis którym może nas ukarać. Zdarzyło się nam też przyjmować kolędę mieszkając wspólnie bez ślubu - gdzieś w rozmowie padło delikatne pytanie czy planujemy, odpowiedzieliśmy że oczywiście tak, zakonnik się uśmiechnął i tyle było tematu :).

Osoby duchowne to też ludzie - nie musimy ich wyzywać na ulicy czy portalach społecznościowych (Jestem księdzem. Nic Ci nie zrobiłem.). Nie chcesz przyjmować kolędy? Nie musisz - w mojej parafii odwiedzone zostały osoby, które wyraziły taką chęć.