Jak to jest i czy faktycznie tak źle

Planując własną stajnię słyszałam od końskich znajomych, że to straszna sprawa i uwiązanie, że nie wyjadę na wakacje, że mnóstwo roboty itd. Dodatkowo w sieci niewiele osób mających swoją stajnię się udziela (w kontekście tego jak wygląda życie na co dzień), a na jednej ze stron znalazłam taki opis życia z końmi u siebie, że prawie zaczęłam stawiać szubienicę.

Na szczęście kierowałam się swoim rozumem i stajnię mamy. A bywało różnie - mieszkaliśmy w domku mobilnym (całkiem luksusowym, ale to jednak nie to co marzenie o normalnym dworku), zajmowałam się końmi majac głęboką depresję. Dobiła mnie okolica (opuszczone budynki), a nie zajmowanie się końmi! Kolejny rok mieliśmy konie bez prądu i wody (także w zimie). Cały czas wodę przywoziliśmy w baniaku od wujka, a do pastucha i kamerki mieliśmy akumulatory. Było upierdliwe, ale dalej nie skłoniło mnie do rezygnacji.

W poprzedniej i obecnej stajni nauczyłam się, że nie zmęczenie się posiadaniem swojej stajni, to przede wszystkim kwestia niestety pieniędzy (na solidne i co za tym idzie trwałe stworzenie miejsca dla koni) oraz organizacji. Sprawę znacznie ułatwia utrzymanie koni wolnowybiegowo. Odchodzi sporo roboty. Porządna stodoła oraz traktor to wygoda w dawaniu koniom jeść. Nic nie wieje, a siano (o ile kupimy dobre) mamy gotowe do podania koniom.

I szczerze - nie odpoczęłam psychicznie tak dobrze odkąd mamy swoją stajnię. Wyjeżdżam na urlop kiedy chcę i mam jedno wielkie ufff :D.