Depresja a społeczeństwo

Postanowiłam ten temat poruszyć tutaj, bo miał on dosyć silny związek z moim jeździectwem. Mam zdiagnozowane zaburzenia depresyjne nawracające i całkiem otwarcie o tym mówię. Nie wstydzę się tego. Natomiast wstydzę się za nasze społeczeństwo i jak do tego podchodzą.

Osoba z depresją jest osobą chorą - tak jak na grypę, raka. I mam w zwyczaju, że jak np. jestem chora na grypę to mówię "nie podchodźcie blisko, żeby się nie zarazić", tak chora na depresję mówiłam "nie przeszkadzajcie mi, nie wyśmiewajcie, bo jestem teraz bardziej wrażliwa". O ile w naszym społeczeństwie przyjęło się, że np. nie szczepi się osób chorych, nie zaraża ich dodatkowo, tak w przypadku depresji to tak nie działa. W pewnej stajni 3 osoby (w tym "lekarz") dosłownie zagoniły mnie w róg mówiąc, że jestem psychiczna (prawda, ale czy osoby chore na raka też obrażamy na podstawie ich choroby?), mówiły, że się nie nadaję do jeździectwa i takie tam. Trochę jakby osobę chorą na zapalenie płuc obrzucić zarazkami.

Druga sytuacja, którą chcę się z Wami podzielić, także ma związek z "lekarzem" - wiedząc o mojej chorobie ów "lekarz" wyśmiewał mnie z powodu tuszy i udawał, że "to przypadkiem", bo "nie wiedział" - oczywiście wiedział doskonale, bo dokładnie kilka dni wcześniej wypytywał o mojego psychiatrę i leczenie. Wymienione sytuacje spotkały mnie ze strony koniarzy. Podkreślić tu jednak należy, że w chociaż to środowisko jest "specyficzne", to wśród tej grupy zawiązałam także przyjaźnie, poznałam ciepłe i pomocne osoby.

Z jednej strony - co nas nie zabije, to nas wzmocni. Z drugiej - niestety, nadal sporo osób próbuje się dowartościować "kopaniem leżącego". Skąd tyle jadu w społeczeństwie?